Moja droga do Malawi Email
Historie...
Wpisał sysgone   
Czwartek, 23. Marzec 2006 13:58

    Moja przygoda z akwarystyką zaczęła się w zamierzchłej przeszłości, gdzieś na przełomie 4, 5 klasy szkoły podstawowej. Zaczynałem od olbrzymiego zbiornika o poj. 15 l i kilku par gupików.

Ponieważ jak wszyscy wiedzą - akwarium kurczy się pod wpływem wody, więc i moje zaczęło się kurczyć w oczach.
    Aby temu zaradzić postanowiłem zrobić z niego to czym w istocie powinien być - kotnik - i dorobić się nowego, większego zbiornika. Ponieważ miało to miejsce w czasie gdy w sklepach bez problemu można było dostać jedynie ocet (młodsi jeśli nie wierzą, niech się spytają rodziców), postanowiłem zrobić akwa samemu. Po zbadaniu lokalnego rynku szklarsko - metalowego i przestudiowaniu tabeli doboru grubości szyb w zależności od wymiarów akwarium, stanęło na tym, że zrobię baniak o wymiarach 65x50x45 z szyby 4 mm i kątowników stalowych 20x20mm. Oczywiście o silikonie mogłem zapomnieć, zresztą wtedy chyba jeszcze nikt nie słyszał o nim, więc do uszczelnienia wykorzystałem kit szklarski. Za filtrację w tym zbiorniku odpowiadał filtr gąbkowy wspierany kaskadą made in CCCP, a napędzała to wszystko pompka DIY mimośrodowa, dwutłokowa.

    To akwarium było typowym zbiornikiem towarzyskim, z gupikami, mieczykami, molinezjami, kiryskami, glonojadem i parą gurami dwuplamych. Podłożem był biały żwirek marmurowy, rośliny miałem takie jakie udało się pozyskać drogą nabycia/wymiany - ogólnie mocny misz-masz.

    Ponieważ wiedza na temat akwarystyki mocno kulała w tamtym okresie, więc niektóre z moich ówczesnych poczynań mnie samego przyprawiają o palpitację serca, jak sobie je przypominam. Przykładem może być podejście do czyszczenia akwa i wymiany wody. Polegało to mniej więcej na cotygodniowym drapaniu szyb z glonów przy pomocy żyletki oraz całkowitej wymianie wody raz na 3, 4 miesiące. Jak wyglądało mieszkanie podczas takiego procesu to nawet ciężko sobie wyobrazić - walające się po podłodze garnki z pływającymi w nich rybami, rośliny wrzucone do misek z wodą, wiaderka do podmian wody... ogólnie bałagan na maksa. To że po każdej takiej wymianie moje ryby przeżywały zawdzięczam trzem czynnikom: bardzo czystej chemicznie i biologicznie wodzie, wyjątkowej odporności moich rybek oraz ( co chyba miało decydujące znaczenie ) szczęściu idioty (czyli moim) :-) Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że każdy z moich znajomych postępował tak samo, a o haśle "cykl azotowy" nie miał pojęcia nikt - woda miała przede wszystkim być czysta "mechanicznie".

    I tak trwaliśmy w takim cyklu przez resztę szkoły podstawowej, technikum i początek studiów. Niestety ze względu na rzadkie pobyty w domu rodzinnym postanowiłem nie absorbować rodziców dodatkowym obciążeniem jakim stała się opieka nad akwarium podczas moich nieobecności. Rybki poszły do znajomych, akwarium do piwnicy - na całe 8 lat.

    W między czasie skończyłem studia, znalazłem pracę, zalegalizowałem związek, kupiliśmy z żoną mieszkanie (spokojnie, na kredyt, nie za gotówkę) ;-) i wykończyliśmy je, a gdy kurz opadł, doszedłem do wniosku, że lubię kurz, więc pora coś w nim zmienić.

Image
Zaproponowałem powrót do akwarystyki, wyciągnąłem od rodziców z piwnicy dawno zapomniane akwarium, odkurzyłem, postawiłem na balkonie i zacząłem napełniać. Jednak czas zrobił swoje - przy ok. 4/5 pojemności szyba na dnie odmówiła współpracy i pozwoliła na szybkie opuszczenie wody ze zbiornika. Cóż... po kilku latach kit zdążył stwardnieć na kamień, ciężar wody dokończył dzieła zniszczenia. Doszedłem do wniosku, że reanimacja starego akwarium nie jest najlepszym rozwiązaniem, bo cena nowego wyniesie mnie tyle co szyby do niego, a ta stalowa ramka wcale dekoracyjnie nie wygląda. Akwarium zostało na balkonie, robi obecnie za skrzynkę na wielce (nie)potrzebne drobiazgi. Cóż, skoro nastawiłem się na powrót do akwarystyki to nie chciałem z niej tak szybko rezygnować. Wyprawa do sklepu zoologicznego zaowocowała zakupem zbiornika 112l, który został skwitowany przez żonę zdaniem: "po co ci takie duże akwarium?". No dobra, zbiornik już miałem, teraz trzeba się było zastanowić, co właściwie zamierzam w nim trzymać. Gupiki wydały mi się zbyt trywialne, neonki i podobne też. W rozmowie ze znajomym wspominał coś o pyszczakach - postanowiłem zgłębić ten temat :-) Wyprawa do sklepu zoologicznego nie przyniosła nic oprócz wiedzy na temat wyglądu pyszczaków i mglistego przekonania, że jeszcze sporo muszę się na ich temat dowiedzieć. Poprosiłem o pomoc mojego przyjaciela google.pl i pierwszym linkiem jaki mi polecił była strona www.malawi.pl, istna skarbnica wiedzy na temat tajemniczych pyszczaków.
Image
To z niej dowiedziałem się co to non- i mbuna, co jedzą te ryby, jak mam im przygotować akwarium i jak mam się nimi opiekować. Zapisałem się do Klubu, opłaciłem składki i poczułem że tu mi się będzie podobać. Przeczytałem wszystkie dostępne na serwerze artykuły, a ponieważ po ich lekturze miałem większy mętlik niż przed, postanowiłem zaczerpnąć wiedzy od ludzi którzy na co dzień zajmują się tymi rybkami. Skorzystałem z magicznego linku www.czat.malawi.pl. Spotkałem tam życzliwych ludzi, którzy naprostowali moją wiedzę nt. akwarystyki ogólnie, a trzymania ryb z Malawi w szczególe. To od nich dowiedziałem się, że to moje "duże" akwarium może posłużyć za dom dla kilku zaledwie gatunków ryb z jeziora Malawi, a moje filtry, na których pisało, że nadają się do akwarium dwa razy większego niż moje, tak naprawdę nadają się do niewielkiego kotnika... To oni pomogli mi ustalić obsadę do tego akwa i podpowiedzieli co robić z wysokim NO2, NO3. Na podstawie informacji zaczerpniętych z serwisu www.baza.malawi.pl oraz ich pomocy stałem się posiadaczem małego, liczącego siedem osobników stadka ps. saulosi. Ponieważ moja wiedza na temat hodowli tych ryb ciągle była zbyt mała, więc stałem się częstym bywalcem czata malawi. Na początku bardziej biernym, zadającym mniej lub bardziej banalne pytania, później już bardziej aktywnym, pomagającym takim zakręconym ludkom jak ja.
    Niestety jeśli chodzi o zbiornik i ryby z Malawi, to znów dała o sobie znać zasada że akwarium kurczy się pod wpływem wody. Wystarczyły 3 miesiące, żeby moje 7 saulosków zaczęło tęsknić za większym domkiem. Nauczony doświadczeniem postanowiłem postawić większe akwarium, na tyle większe, żebym nie musiał za jakiś czas kupować kolejnego. Przeglądając galerię klubową trafiłem na akwarium w ścianie wykonane przez Roberto, nieśmiało podsunąłem żonie zdjęcia jego akwa, a ponieważ żonę mam domyślną, a mimo tego przeżyłem, postanowiłem przystąpić do realizacji mojego marzenia. Zdecydowaliśmy się na akwarium standardowe 375l (150x50x50).
Image

Dom na kilka dni stał się znów placem budowy. W ruch poszła wiertarka, młotek i przecinak. Efektem działania został piękny otwór w ścianie o wymiarach mniej więcej 152x52 cm. W między czasie zaprojektowałem szafkę pod to akwarium z miejscem na sumpa, złożyłem zamówienie na docięcie formatek oraz blatu. Cały czas przeglądałem sieć w poszukiwaniu cichej, a wydajnej (no i taniej) pompy.

    Otwór był gotów, szafka skręcona przy wydatnej pomocy żony, dosunięta do ściany, blat przytwierdzony, przyszła pora na zakup i przygotowanie akwarium. Wiercenia otworów oraz posklejania sumpa i orurowania podjął się znany na pl.rec.akwarium oraz czacie malawi TheWald. Udało nam się nie zepsuć akwarium, czego nie można powiedzieć o wiertłach do wycinania otworów w blacie meblowym - coż, Waldek ma duże doświadczenie w wierceniu w szkle i tu jest mistrzem, ale wiercenie w drewnie musi jeszcze potrenować ;-) Tak czy inaczej po kilku godzinach akwarium stanęło na miejscu, sump się sklejał, wszystko musiało poczekać parę dni na dobre związanie się silikonu. Spoiny odpoczywały, czego nie mogłem powiedzieć o sobie - przyszła pora na zakręcenie się za materiałami do wystroju.

Image

Tu z pomocą przyszedł mi Case. Dał mi namiar na piękne wapienie, mało tego - zaprowadził mnie na miejsce i pomagał zbierać, choć lekko przesadził z ich ilością. Biedny samochodzik mojego taty, Fiat Uno w życiu jeszcze nie wiózł w bagażniku tak ciężkiego balastu. Pobieżne ważenie wykazało ok. 150 kg  wapienia. O ile  przewóz tego z miejsca X. do domu rodziców nie był żadnym problemem, o tyle przewiezienie skał do mojego mieszkania przy wykorzystaniu komunikacji państwowej i na własnym grzbiecie stał się poważnym wyzwaniem. Nie mniej jednak ok. 80 kg skał udało mi się w dwóch podejściach przetransportować tą trasą. Teraz przyszła pora na rozejrzenie się za podłożem. Ponieważ mam rzut beretem do piaskarni nad Wisłą, postanowiłem się zaopatrzyć właśnie w wiślany piasek, tym bardziej, że skonsultowałem mój pomysł z Jurgenem, który polecał ten materiał. Więc nie pozostało nic innego jak założyć plecak na plecy, wsiąść na rower i popedałować ramię w ramię z żoną do piaskarni. Stróż był tak miły, że nawet piwa nie chciał. Bojąc się o własny i żony kręgosłup zadowoliłem się ok. 30 kg piasku. W domu już czekały garczki ... Płukanie, przesiewanie i gotowanie zajęło mi w sumie cały dzień. Ale byłem pewien że nic się w piasku nie uchowało co mogłoby zaszkodzić moi pysiakom. Oczywiście mogło się trafić zanieczyszczenie chemiczne ale na szczęście długie i dokładne płukanie, a później gotowanie usunęło wszelkie substancje szkodliwe.

    Akwarium w między czasie zdążyło dojrzeć, a na horyzoncie pojawił się SiEmIoN_ z duużym problemem - szukał nowego domu dla kilku swoich rybek. A że jestem człowiekiem, który pomaga ludziom w potrzebie, to przygarnąłem część jego trzódki - konkretnie po pięć dorosłych afr red top likoma i labeotropheus trewavasae thumbi ob.

Image

Takie rozwinięcie akcji wymusiło na mnie szybsze przenosiny do nowego zbiornika moich saulosków, chciałem żeby miały równy start w zasiedlaniu zbiornika.

    Od tego zdarzenia minęło już trochę czasu, sauloska drugi raz nosi młode, jedna z samic "trevków" również pływa z napompowanym pyskiem - znak to niezawodny, że i ona trzyma swoje młode. Akwarium dojrzało, ustabilizowało się, NO2=0, NO3=5, powoli schodzą okrzemki, a na ich miejsce pojawiają się glony zielone. Żeby było śmieszniej, to najlepszymi czyścicielami kamieni i tępicielami okrzemków okazały się ... świderki :-) Wyjadły bardzo malowniczo wyglądające ścieżki wijące się jak górskie  przełęcze.

    Cóż... moje życie się zmieniło - zamiast patrzyć się tępo w telewizor, spędzam wieczory z nosem przyklejonym do szyby akwarium i robię zdjęcia swoim pupilkom. To naprawdę duża frajda, a dla moich oczu dodatkowo jest to niezły odpoczynek od monitora. Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do końca tego artykułu i zapraszam do następnego , w którym opisuję krok po kroku jak powstawało moje akwarium w ścianie.

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. "sysgone"
 

Nie masz uprawnień do komentowania.